Kiedy bliskość zaczyna dusić.
Największym paradoksem unikającego stylu przywiązania nie jest to, że człowiek nie chce bliskości. Często chce jej bardzo. Problem zaczyna się wtedy, kiedy naprawdę ją dostaje.
Na początku może być zainteresowanie, fascynacja, intensywność. Rozmowy do późna. Seks. Czułość. Poczucie niezwykłego porozumienia. A potem coś się zmienia.
Partner, który jeszcze niedawno był wyjątkowy, zaczyna drażnić. Wiadomości wydają się zbyt częste. Pytanie „co czujesz?” zaczyna brzmieć jak przesłuchanie. Zwykła potrzeba wspólnego czasu zostaje odebrana jako ograniczenie wolności. Pojawia się potrzeba przestrzeni. Potem jeszcze większej przestrzeni. A czasami pojawia się myśl:
„Chyba jednak go nie kocham.”
I właśnie tutaj warto zatrzymać się najdłużej. Bo czasami naprawdę chodzi o brak miłości. Ale czasami jest dokładnie odwrotnie. Bliskość stała się na tyle ważna, że uruchomiła stary system alarmowy.
„Nie potrzebuję nikogo” może być jednym z najbardziej samotnych zdań świata.
Unikający styl przywiązania bywa przedstawiany bardzo powierzchownie: ktoś nie lubi bliskości, jest chłodny, potrzebuje dużo przestrzeni i boi się zobowiązań. To opis zachowania. Nie mechanizmu. Pod spodem bardzo często znajduje się głęboko zapisane przekonanie: potrzebowanie drugiego człowieka jest niebezpieczne. Jeżeli potrzebuję – mogę zostać zawiedziony. Jeżeli pokażę słabość – ktoś może jej użyć przeciwko mnie. Jeżeli się przywiążę – stracę kontrolę.
Jeżeli pozwolę sobie naprawdę kochać – mogę zostać opuszczony.
Najbezpieczniejszym rozwiązaniem staje się więc nie tyle brak relacji, ile ograniczenie własnej zależności od innych. Powstaje swoista psychologiczna doktryna samowystarczalności: poradzę sobie sam.
Nie potrzebuję pomocy. Nie potrzebuję pocieszenia. Nie będę robił dramatu. Nie będę od nikogo zależny.
Brzmi dojrzale. I czasami rzeczywiście jest zdrową autonomią. Ale autonomia i obrona przed zależnością nie są tym samym. Zdrowa autonomia mówi: „Potrafię być sam, ale potrafię również być blisko.” Unikająca obrona częściej mówi: „Muszę umieć być sam, ponieważ bliskość może mnie kosztować zbyt wiele.”
Człowiek unikający niekoniecznie czuje mniej. Czasami nauczył się czuć tak, żeby tego nie zauważać
To jeden z najbardziej interesujących elementów badań nad przywiązaniem. Osoby o unikającym wzorcu mogą stosować strategie określane jako dezaktywujące: tłumienie emocji, dystansowanie się, pomniejszanie znaczenia więzi, odsuwanie od siebie myśli związanych z zależnością i potrzebą wsparcia. Nie oznacza to jednak, że organizm rzeczywiście przestaje reagować.
Badania nad regulacją emocji pokazują interesującą rozbieżność: człowiek może prezentować niewielkie emocje na zewnątrz albo deklarować niewielki stres, podczas gdy reakcje fizjologiczne wskazują, że napięcie nadal istnieje.
Innymi słowy:
„Nic nie czuję” nie zawsze oznacza brak emocji. Czasami oznacza skutecznie wyćwiczone odcinanie dostępu do nich. Dlatego osoba unikająca może podczas bardzo emocjonalnej rozmowy wyglądać zaskakująco spokojnie.
Partner płacze. Pyta. Próbuje zrozumieć. A druga osoba mówi: „Nie wiem, co mam ci powiedzieć”. „Robisz z tego za duży problem”. „Po prostu potrzebuję przestrzeni”.
Dlaczego największy kryzys pojawia się czasami właśnie wtedy, gdy związek zaczyna być dobry?
Dla kogoś, kto przez lata nauczył się regulować bezpieczeństwo poprzez dystans, prawdziwa bliskość może oznaczać utratę najważniejszego mechanizmu ochronnego. Partner zaczyna mieć znaczenie. A skoro ma znaczenie, może zranić. Może odejść. Może rozczarować. Może zobaczyć części mnie, których sam nie chcę oglądać. Jeśli styl przywiązania nie jest tożsamością, może się zmieniać.
Najtrudniejsze pytanie nie brzmi: „Dlaczego uciekam?”
Brzmi: „Co czuję sekundę przed tym, zanim zacznę uciekać?” To właśnie tam często znajduje się najważniejszy materiał do pracy. Co dzieje się we mnie, kiedy ktoś mówi: „Kocham cię”?
Być może nie boisz się miłości. Być może boisz się tego, co miłość z tobą robi?



Komentarze